Za śniadanie (serwowane od 9:00 do 12:00) zapłaciliśmy około 30 złotych. I nie miejcie mi za złe, że powtórzę swoją pochwałę atmosfery. Mam nadzieję, że gdy pojawię się tam po raz kolejny, doznam tego samego- cudownej soboty!
sobota, 26 stycznia 2013
Stacja De Luxe
piątek, 25 stycznia 2013
Starbucks
czwartek, 24 stycznia 2013
Cafe Factotum
środa, 16 stycznia 2013
La Pampa
Na ul. Szerokiej, w bliskim sąsiedztwie miejsc parkingowych znajduje się lokal, który zdecydowanie przeżył swoje. Wiele restauracji próbowało tam swoich sił. Tym razem do boju stanęło miejsce, które serwuje steki z argentyńskiej wołowiny.
Muszę powiedzieć, że lokal robi pozytywne wrażenie już na początku. Kelner wita gości na progu, prowadzi do stolika, podaje menu i kartę win. Na prawdę elegancko. Bez zbędnych uprzejmości, konkretnie, sprawnie i fachowo. Muszę przyznać, że lubię taką obsługę. Kelner na prawdę nie musi ociekać uśmiechem.
Przejdźmy do wystroju. Jest tam głównie czarno, z dodatkiem srebra i bieli (albo kremu). Dosyć minimalistycznie, ale ze smakiem. Wzrok przyciąga srebrna rzeźba na ścianie, stylizowana na poroże. Do tego eleganckie, okrągłe lampy, które chętnie zamontowałabym w swoim domu. Bardzo wygodne krzesła (sprawdziłam) i wyglądające na wygodne- kanapy (nie sprawdziłam). Stoły od razu zastawione, z serwetkami na miejscu talerza (hmm... i tu mam problem, bo rolę serwetek grało coś, co wyglądało na papierowe ręczniki. Wizualnie pasowało do reszty, ale mimo to odczuwałam pewien dysonans. Skoro jest tu tak elegancko, to może lepiej byłoby zainwestować w coś, co bardziej przypomina serwetki, lub po prostu w serwetki z materiału? Drożej- wiadomo, ale przynajmniej elegancko, czyli w klimacie. Zachowana byłaby pewna konsekwencja, a to zawsze jest pozytywne), kieliszkami na wino i bardzo ładnymi sztućcami, które również z chęcią zakupiłabym do domu.
On zamówił polędwice argentyńską, frytki i sezonową sałatkę. Stek dobrze wypieczony. I rzeczywiście taki był. Zresztą stek smakował na prawdę rewelacyjnie. Doprawienie nie ograniczyło się tylko do soli i pieprzu. Można było tam poczuć całą paletę przypraw. Smak nie był pospolity. Mięso było soczyste i właściwie jedno z lepszych, jakie przyszło nam jeść. Widać, że kucharz bardzo przykłada się do swojej pracy i nie podchodzi do dań szablonowo. Na stek na pewno tam wrócą.
Za te wszystkie dania i napoje rachunek wyniósł około 105 złotych. Całkiem sporo, jak na półtora dania. No ale cóż, za jakość mięsa trzeba zapłacić. Następnym razem mam nadzieję zapłacić też za jakość pewnego konkretnego dodatku.
Ah i jeszcze na koniec zobaczcie jaki fantastyczny był widok za oknem:
sobota, 12 stycznia 2013
Stacja De Luxe
Cóż, moi mili, wizyta (spotkanie :) ) W Stacji była bardzo przyjemna i owocna. Kolejne tankowanie? Śniadanie! Oby wkrótce.
wtorek, 8 stycznia 2013
Chilli Kebab
Zacznijmy od wyglądu. Miejsce, jak miejsce. Służy do zrobienia kebaba, zapłacenia za niego i wyjścia (podziwiam ludzi, którzy zostają tam jeszcze na okres konsumpcji). I zdecydowanie polecam tak zrobić, bo nie widziałam jeszcze kebabu, który byłby zachęcający estetycznie. Ten na pewno nie, ponieważ na trzy stoliki, aż trzy były brudne... (przy jednym trwało szamanie, więc tu można by im odpuścić czepianie się). Generalnie zbyt czysto nie było, więc ucieszyłam się, że wszystkie produkty, które składają się na mój kebab, są widoczne. Ale sami wiecie, że tego typu sytuacja nie stanowi jakiegoś ewenementu. I tu pojawia się refleksja, ponieważ uważam, że za łatwo daliśmy się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy. Fastfoodownie (interesujące słowo po raz drugi) powinny bardziej dbać o ogólny wygląd i stan higieniczny, niż to się obecnie dzieje. A tu okazuje się, że nikt z nas sobie z tego nic nie robi i i tak tam kupuje. Ja zresztą też... oj.
niedziela, 6 stycznia 2013
Feel The Chill
Zapłaciliśmy za dwa kubeczki jogurtu około 25 złotych (kawy za darmo) i poszliśmy do stoliczka. Dodam jeszcze, że droga ta była wyjątkowo trudna, bo w ręce miałam owe dwa jogurty, jeszcze dwie kawy, cukier, łyżeczki, ewentualne zakupy. I chociaż rąk w sumie mieliśmy cztery, to i tak taca wydawała się niezbędna. Niezbędna i nieobecna, czyli najgorsze możliwe połączenie. Nie wspomnę o braku miejsca, gdzie mogę posłodzić moją kawę i zamknąć, a przede wszystkim wywalić zbędne akcesoria (papierki i inne gadżety). No ale nic to, bez marudzenia udaliśmy się do stoliczków.
No ale nie powiem, że było absolutnie źle. Jogurty na prawdę zimne, co lubię. Czekoladowy raczej kwaśny, niż czekoladowy, ale taki smak ma właśnie jogurtowe kakao. Posypka orzechowa mało orzechowa, ale za to chrupiąca. Jego jogurt bez szału, bo w smaku dobry, ale owoce jakieś takie zdechłe. O kawie nie będę Wam opowiadała. Właściwie lepiej by było, gdyby mi jej nie dali, bo wtedy w krytyce poprzestałabym tylko na jogurcie.
Mimo wszystko udam się tam znowu. Jestem po prostu tak zafascynowana tym produktem i tak podekscytowana, że wreszcie się pojawił w zasięgu mojego przełyku, że czyni mnie to uodpornioną na ogólny chaos i niefachowość. Pierwsze koty za płoty...
środa, 2 stycznia 2013
Sempre - Pizza & Vino
Zaraz po życzeniach chcę Wam opowiedzieć o pewnym miejscu, które odwiedziłam jeszcze w 2012 roku. Potrzebna nam była szybka przegryzka, bo czasu mało, a głód duży. I chociaż na początku wydawało się, że można go zbagatelizować i iść tylko na kawę, w krótkim czasie okazało się oczywiste, że nie należy go lekceważyć. Już dawno przygotowani byliśmy na taką okoliczność i stworzyliśmy listę miejsc, które odwiedzić musimy. Wszystko po to, aby w czasie krytycznym nie marnować cennych sekund na rozważania gdzie, jak i czy na pewno. Dlatego od razu skierowaliśmy nasze kroki do Sempre - Pizza & Vino. Jeszcze w drodze uznaliśmy, że wypróbujemy lokal nad Motławą (drugi, taki sam, jest na ul. Długiej). Na szczęście był wolny stolik!
Sempre - Pizza & Vino, w wydaniu motławskim, to małe pomieszczenie, z około pięcioma stolikami, kontuarem i małym zapleczem. Wystrój jasny, bardzo włoski i minimalistyczny. Obrusy w kratkę, poustawiane butelki z winem, tablice z kredowym menu, przyjemna muzyka. Muszę powiedzieć, że bardzo pozytywne wrażenie. I chociaż, aby usiąść, trzeba się nieźle nagimnastykować, bo miejsca jest bardzo mało, to jednak wcale mnie to nie dziwi, bo po pierwsze, wszyscy chcą zjeść dobrą pizzę, a po drugie dodatkowo potęguje to włoski klimat (chociaż przyznam, że przeciskanie się między stolikami bardzo mocno kojarzy mi się z Paryżem :) ).
Zamówiliśmy pizzę Focaccia (świeży rozmaryn u czosnek, pizzowymi minimalizm, który uwielbiam!), Salami Piccante (włoskie salami "spinata", sos pomidorowy i mozzarella), a do picia wodę St Pellegrino. Wszystko to dało nam rachunek opiewający na sumę 65 złotych.
Pizza wyborna! Ciasto cienkie, kruche i samo w sobie nieźle doprawione. Połączenie rozmarynu, czosnku i drobinek soli zaskakująco pociągające. Pierwszy raz zjadłam całą pizzę, a to już wiele mówi. Ta druga pizza bardzo ostra, wyrazista i sycąca. Nie były przemoczone oliwą, tak jak to czasami bywa we włoskich knajpach. Zresztą kelnerka zaproponowała dodatkowo oliwę do polania. Co prawda nie skorzystałam, ale mimo wszystko wydało mi się to całkiem ciekawe. Nie ketchup, nie sos czosnkowy, tylko właśnie oliwa. Zmusza to człowieka do zastanowienia się jak właściwie powinno się szamać pizzę.
Wizyta szybka i intensywna, bardzo włoska. Raccomando!
Subskrybuj:
Posty (Atom)