
Z jakiegoś powodu kelnerka postanowiła zwinąć dach. Było to bardzo ryzykowne, ponieważ na dworze było raczej wilgotno. Co chwilkę padało i się rozpogadzało. Zresztą jak na zawołanie zaczął padać deszcz, a dach... pozostał zwinięty. Uznałyśmy jednak, że lekki deszcz nie zmusi nas do wejścia do środka. Dziwiło mnie tylko, że mimo tego, że kilka osób siedziało w ogródku, a kelnerka miała okazję poczuć deszcz na własnej skórze, to i tak dach pozostawał niewzruszony. W końcu rozpadało się tak, że zrezygnowałyśmy z siedzenia tam i weszłyśmy do środka.

Ostatnie łyki naszego płynnego deseru były zatem szybsze.
Zapłaciłyśmy (19 złotych) i wyszłyśmy. Pozostało mi zastanawianie się gdzie się podziali kelnerzy, którzy lubią być kelnerami, a nie są nimi z przymusu? Bo wiecie, uśmiech był, grzeczności były, ale wszystko to jakieś takie sztuczne i wymuszone, a przecież są lokale, w których tego nie ma...
ps. i znowu zaserwuję Wam widok z ogródka (tym razem odrobinkę mokrego)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz